Mayon

Autor: Rafał Szostak

Opublikowany: 26.12.09

Bez wątpienia to najpiękniejszy wulkan świata. Idealny stożek wznoszący się ponad nadmorską równiną. Ba, nawet z kosmosu wygląda jak niemal idealne koło. A do tego jeden z najaktywniejszych; niemal ciągle z jego wierzchołka unosi się dym.

Mayon nie jest wysoki, zaledwie 2463 metry nad poziomem morza. Ale za to jego wysokość względna wynosi 2447 m ponad poziomem gruntu. Wulkan robi więc naprawdę duże wrażenie. Leży bowiem na nadmorskiej nizinie, w pobliżu zatok Lagonoy i Albay, ale niedaleko również od Morza Sibuyan. Bo w tym miejscu Luzon wyciąga się w wąski i długi półwysep Bicol. Mayon leży w południowym krańcu Luzonu, na północnym krańcu 200-tysięcznego miasta Legaspi, stolicy prowincji Albay. Niedaleko jest cieśnina San Bernardino, oddzielająca Luzon od wyspy Samar.

Mayon, mało że efektowny, to jeszcze jest bardzo aktywny. W ciągu ostatnich 400 lat zanotowano 49 wybuchów. Na pięćdziesiąty zanosiło się w grudniu 2009 roku. Wtedy to władze ewakuowały ponad 50 tys. mieszkańców w promieniu 8 kilometrów od wulkanu. Rolników trzeba było nawet trzykrotnie zabierać siłą, bo pomimo niebezpieczeństwa powracali do swoich domostw, gdzie wszak pozostał inwentarz. W bezpiecznej odległości od wulkanu gromadzą się łakomi mocnych wrażeń turyści. A Mayon rzadko w w takiej sytuacji zawodzi...

Mayon to stratowulkan. Wyrzuca na przemian magmę oraz materiały piroklastyczne (rozgrzane do temperatury nawet ponad tysiąca stopni pyły, gazy i różnej wielkości bomby wulkaniczne) i ma kształt mniej lub bardziej zbliżony do stożka. Mayon ma ze wszystkich stratowulkanów najbardziej regularny kształt. Nachylenie zboczy, w zależności od wysokości, waha się od 35 do 40 stopni. Linii nie zakłócają żadne boczne tzw. stożki pasożytnicze ani inne nierówności. Dlaczego mimo częstych wybuchów wciąż utrzymuje nienaganny wygląd? Bo to, co wybuch wyrzuci w powietrze, opada i odbudowuje nadwyrężony erupcją stożek. Obecny tworzy lawa i materiały piroklastyczne z 2006 roku. Wtedy wybuchł ostatni raz.

A skąd taka aktywność? Ano z faktu, że jest częścią otaczającego Pacyfik Pierścienia Ognia, ciągnącego się od Nowej Zelandii przez Tonga, Melanezję, Filipiny, Japonię, Kuryle, Aleuty, po ciągnące się przez obie Ameryki Kordyliery. W tym rejonie występuje 81 procent trzęsień ziemi i tu dymi i pluje ogniem 90 procent czynnych wulkanów. Właśnie na tym terenie łączą się liczne płyty litosfery. Jest to w zasadzie ciągle ścieranie się. Napierają na siebie, oddalają się itp., a każdy ruch powoduje reakcje w postaci trzęsień ziemi i wybuchów wulkanów.

Najtragiczniejszy wybuch Mayon był 1 lutego 1814 roku. Początkowo wydawało się, że będzie to słaba erupcja, znacznie mniejsza od poprzedniej z 1766 roku, więc mieszkańcy zignorowali erupcję. Ale gdy zobaczyli szare chmury pędzącego w dół spływu piroklastycznego, było już za późno. Zginęło 2,2 tys. osób. Miasto Cagsawa zniknęło pod warstwą popiołów. Tylko dzwonnica kościoła wystawała ponad nowy poziom ziemi. Warstwa popiołów miała 9 metrów. Podczas wybuchu 23-30 czerwca 1897 roku pod 15-metrową warstwą kamieni i popiołów zniknęła miejscowości Bacacay. San Roque, Misericordia i Santo Niño spłonęły. Zginęło ponad 400 osób.

Jak na gęsto zaludnione Filipiny to wręcz minimalne straty. Podczas wybuchu Tambory w 1815 roku zginęło 117 tys. ludzi. Erupcja Krakatau w 1883 r. pochłonęła 36 tys. osób, a kolumbijskiego Nevado de Ruiz w 1995 r. - 23 tys. osób. Dlaczego? Tego nie wiemy. Niejednokrotnie niższe wulkany, że wspomnijmy tylko Wezuwiusz, Laki, czy nawet leżący w środkowej części Luzonu Pinatubo, eksplodowały znacznie silniej. Pinatubo w 1991 roku stracił jedną dziesiątą swej wysokości (miał 1745, a teraz ma 1486 metrów wysokości). Wulkanologia to wciąż młoda i początkująca nauka, a że wszystko ma początek w płynnej magmie we wnętrzu Ziemi, to musi się opierać na zawodnych modelach.

W ostatnich latach, dzięki postępowi nauki, wulkanolodzy potrafią w porę ostrzec przed erupcją. Gdy sejsmografy notują trzęsienia ziemi niskiej częstotliwości, wstrząsy następują co minutę, a nawet częściej (ok. dwóch tysięcy na dobę), a poziom gruntu na gruncie podnosi się (nawet o kilka milimetrów), to znak, że w głębi stożka gromadzi się coraz więcej magmy, która w każdej chwili może z piekielnym rykiem wystrzelić w górę.

W 1984 roku ewakuowano ponad 73 tysiące ludzi i nie zginął nikt. Ale w 1993 roku niektórzy zignorowali ostrzeżenia. I 77 rolników zginęło na swoich polach i w zagrodach. Także ostatnia erupcja, w 2006 roku, na szczęście obyła się bez ofiar.

Ale wulkany są nieprzewidywalne. Niejednokrotnie wszystko wskazuje, że erupcja niebawem nastąpi, ale wszystko rozchodzi się po kościach. W 2006 roku Mayon straszył od czerwca, a wybuchł w sierpniu. Podobnie w 2009 roku. Symptomy zbliżającego się wybuchu notowano od czerwca, 11 listopada nastąpiła erupcja, ale mała. I nastał spokój, aż do połowy grudnia, kiedy znów Mayon się obudził. 14 grudnia rozpoczęto ewakuację dziesiątek tysięcy ludzi. 16 grudnia wulkan wyrzucił pióropusz dymu i pyłów, po czym zaczął ziać lawą. I tak aż do 20 grudnia.

Okoliczni mieszkańcy są dumni ze swojego wulkanu. Raz, że wygląda naprawdę ładnie, dwa, że na nim zarabiają. Ze względu na dużą aktywność przyjeżdżają tu nie tylko naukowcy, ale także wielu turystów.

Mayon był przygotowywany przez Filipiny jako ich kandydat do tytułu siedmiu cudów Natury, ale musiał ustąpić miejsca podziemnej rzece Puerto Princesa.

Galeria zdjęć

Google Maps

Komentarze