Biesbosch

Autor: Rafał Szostak

Opublikowany: 02.06.09

Tu natura zwyciężyła człowieka. Te kanały, rzeczki, trzcinowiska i zarośla kiedyś były żyznymi polami i malowniczymi wioskami i miasteczkami.

Aż 18 listopada 1421 r., w dzień świętej Elżbiety silny sztorm przerwał wały. Ryczące masy wody z Morza Północnego niszczyły wszystko na swojej drodze. Zginęło 10 tysięcy ludzi. 70 miejscowości, w tym spore miasteczko Sliedrecht, zniknęło z powierzchni ziemi. Długie lata spod wody wystawały kikuty domów i kościelne wieże. Zresztą do dziś można zobaczyć kikuty sprzed sześciuset lat.

W średniowieczu połączone w jedną deltę ujście Renu i Mozy zostało zagospodarowane przez Holendrów. W 1270 roku ukończono gigantyczny jak na tamte czasy polder Zuidhollandse Waard o powierzchni 42,5 tys. ha. Następnym równie wielkim był De Beemster, powstały na miejscu osuszonego w 1612 roku jeziora o takiej samej nazwie. Zuidhollandse Waard był dziełem życia potężnego hrabiego Holandii Willema I, który sięgnął po koronę króla Niemiec, ale nie doczekał ukończenia polderu.

Tamy i wały przeciwpowodziowe pozostawiły rzekom jedynie wąskie koryta. Do otwartego morza było 30 kilometrów ujściowych kanałów. Owszem, woda codziennie się podnosiła podczas przypływu, jesienią i zimą sztormy wtłaczały w ujścia ogromne masy wody morskiej, ale mieszkańcy byli do tego przyzwyczajeni. Niepokoili się co prawda południowo-zachodnim odcinkiem tamy, bo tam grunt był niestabilny i silniejszy napór pływowej wody mógł narobić szkód. Ale tamy nie było za co naprawiać. Miasta z polderu i jego okolic pomiędzy sobą toczyły od dziesiątek lat bratobójczy i kosztowny konflikt, zwany Wojną Haków i Dorszy.

Ale takiej furii żywiołów, jaką zobaczyli nocą z 18 na 19 listopada 1421 roku jeszcze nie widzieli. Rozwścieczone fale podmyły feralną tamę, która runęła. W wyrwę uderzyła z impetem morska woda. W ciągu kilku chwili ogromny polder został zatopiony. Zginęło 2-10 tysięcy ludzi. Ocaleli, pozbawieni dorobku życia, tułali się w okolicy, rabując tych, których natura oszczędziła. Katastrofalna powódź miała wszak jeden plus; rozdzieliła miasta Geertruidenberg i Dordrecht, będące w przeciwnych obozach we wspomnianej wojnie.

Z czasem zdecydowana większość polderu została odbudowana. To z czasem trwało jeszcze w XX wieku. Pozostała powoli dziczała. Woda spłynęła, pozostawiając po sobie ogromne, półsłone bagnisko, poprzecinane siecią krętych kanałów. Zalewane dwa razy dziennie przez wody przypływu, przez lata zarosły turzycami, wierzbami, ale nade wszystko trzciną. Stąd nazwa: Biesbosch to po holendersku Zarośla Trzcin (a nie Las trzcin, jak się często tłumaczy; wtedy byłby Biesbos). Okoliczni mieszkańcy używali jej praktycznie do wszystkiego, od wyplatania koszyków poprzez łodzie, po budowę trzcinowych... domów. W tym czymś pośrednim pomiędzy wodą a lądem idealne warunki życia znalazły sobie praktycznie wszystkie gatunki europejskich ptaków wodnych i błotnych. Są tam też wydry, bobry, a na wyżej położonych terenach nawet jelenie. Biesbosch udzielał schronieniu także ludziom. Oddziały holenderskiego ruchu oporu tu były bezpieczne; żaden niemiecki oddział nie ważył się zapuścić w tamtejsze kanały i zarośla.

Naturze pozostawili Holendrzy zaledwie 90 z 425 zalanych w Powodzi św. Elżbiety kilometrów kwadratowych. Reszta znów stała się żyznymi polami. Ale i nad terenami rządzonymi przez Naturę od dziesiątek lat zbierają sie ciemne chmury. Projekt Delta, mający na celu zamknięcie tamami estuariów Renu i Mozy, w latach siedemdziesiątych pozbawił Biesbosch codziennych napływów morskiej wody. Tworzone przez setki lat środowisko znów zaczęło się zmieniać. Wiele trzcinowisk zanikło. Zastąpiły je zarośla turzycy. Wyginęły wszystkie migrujące gatunki ryb, m. in. łosoś, aloza czy sieja ostropyska.

Biesbosch, jak każdy holenderski park narodowy, jest przyjazny dla turystów. Szlaki turystyczne piesze i rowerowe, statki wycieczkowe, stanowiska do obserwacji bobrów i ptaków, wystawy, muzea. To wszystko koncentruje się w północnej części parku, koło Dordrechtu. Cześć południowa to kompletna dzicz, pozostawiona roślinom, zwierzętom i naukowcom.

Ci ostatni będą niebawem mieli więcej do roboty. Bo Biesbosch się powiększy. Holendrzy uznali, że zwrócenie Naturze część odebranej ziemi dobrze zrobi im samym. Bo wody powodziowe, dotąd zagrażające nadbrzeżnym osiedlom w ujściowych odcinkach Renu i Mozy, teraz rozleją się po poszerzonym parku narodowym. Poza tym ubożejące trzcinowiska coraz gorzej pełnią rolę naturalnej oczyszczalni wody dla Rotterdamu. Dlatego trzeba je powiększyć. Pierwszy, eksperymentalny etap depolderyzacji został przeprowadzony w latach dziewięćdziesiątych. Następny, znacznie większy, zacznie się w roku 2015. Planuje się też otwarcie tam na zatoce Haringvliet, przywracając tym samym pływy morskie w Biesbosch i umożliwiając powrót trzcinowisk. Oczywiście otwarcie będzie częściowe, by umożliwić migrację rybom i dopuszczając w głąb morską wodę, ale równocześnie by nie spowodować strat w gospodarce.

Galeria zdjęć

Komentarze