Waddenzee

Autor: Rafał Szostak

Opublikowany: 21.06.09

Czy to jest morze? – Tak, ale nie do końca – tak o Waddenzee mawiają Holendrzy, Niemcy i Duńczycy.

Waddenzee to nazwa holenderska. Niemcy nazywają to miejsce Wattenmeer, a Duńczycy Vadehavet. A nazwa polska to Morze Wattów. A watty zwane też osuchami, to właśnie takie coś nie do końca będące morzem, ale nie będące też lądem. To tereny odsłaniane podczas odpływu a zalewane w czasie przypływu.

Morzem o głębokości metra, no, miejscami nawet trzech metrów w najgłębszych miejscach, jest tylko podczas przypływów, czyli dwa razy na dobę. Podczas odpływów (też dwa razy na dobę) jest to jedno wielkie słone błoto i mokry piasek.

Nawet podczas przypływów głębokość Waddenzee jest tak mała, a silne wiatry wieją tam przez cały rok, nic więc dziwnego, że żeglowanie w tym miejscu było niesamowicie trudne. Jeden silniejszy podmuch czy fałszywe wychylenie steru i już się wpadało na mieliznę. I nie ma siły, by z niej zejść; woda wyższa nie będzie... trzeba ratować choć życie. A opuszczony wrak powoli zanurzał się w błocie, aż sterczały zeń tylko wierzchołki masztów. Całe Wattenmeer jest usiane wrakami statków sprzed dwóch tysięcy lat, tysiąca lat i całkiem współczesnych. Wśród nich jest brytyjski Lutine, który w 1799 roku zatonął koło wyspy Vlieland z ładunkiem... złota. Dlatego do żeglugi po wattach konstruuje się do dziś specjalne statki, o minimalnym zanurzeniu.

To błoto żyje, i to intensywnie. Małże, ślimaki, stawonogi i wszystko inne, co lubi takie środowisko, do tego mnóstwo gatunków roślin wodnych. Nic więc dziwnego, że przez cały rok wręcz roi się tu od ptaków. Właśnie tu, na fryzyjskich morskich bagnach zimują m. in. nasze czajki i brodźce.

Odsłaniane kilka razy na dobę dno Vadehavet to muliste błoto czyli marsze, morskie mady, bardzo żyzne gleby po osuszeniu, porośnięte roślinnością w miejscach nie zanurzających się zbyt głęboko, albo czysty piasek. Właśnie ze względu na duże powierzchnie piaszczyste Holendrzy zrezygnowali z budowy tamy łączącej Wyspy Fryzyjskie i odcinającej całe Waddenzee od morza. Zamienienie Morza Wattów na żyzne poldery byłoby zbyt kosztowne. Dlatego tama odcięła tylko marszową (od marszów, nie maszerowania) zatokę Zuider.

Od Morza Północnego Waddenzee oddziela długi łańcuch ok. 50 Wysp Fryzyjskich, od Texel w Holandii po Fanø w Danii. Około, bo niektóre wyspy są łączone z lądem groblami jak niemieckie Sylt czy Nordstrand. A że morze cały czas pracuje, to w każdej chwili może się pojawić nowa wyspa lub zniknąć jakaś malutka. Morze Wattów ciągnie się od Den Helder w Holandii, poprzez niemieckie Bremerhaven, po Esbjerg w Danii. Jego szerokość waha się od ok. 55 km pomiędzy tamą Adfsluitdijk a wyspą Vlieland do nieco ponad kilometra w okolicach duńskiego Esbjerg. I na całym odcinku są to płycizny, przecinane systematycznie pogłębianymi torami wodnymi do portów Delfzijl, Emden, Wilhelmshaven, Bremerhaven, Cuxhaven, Hamburg i Esbjerg oraz do Kanału Kilońskiego. Są one dokładnie oznakowane bojami, pławami, stawami (stały znak nawigacyjny zamocowany w dnie) i latarniowcami (zakotwiczonymi statkami z latarniami morskimi).

Jeden pas wysp ciągnie się od Texel po Wangerooge. Potem jest przerwa na estuaria Wezery i Łaby. Na wysokości niemieckiego i duńskiego Szlezwiku nie jest to jeden łańcuch, lecz archipelag z linią wysp zewnętrznych i bezładnie porozrzucanymi wyspami bliżej stałego lądu. Ten ciąg jest rozbity na holenderskie Wyspy Zachodniofryzyjskie, niemieckie Wyspy Wschodniofryzyjskie oraz niemieckie i duńskie Wyspy Północnofryzyjskie.

Zdecydowana większość z nich to mniejsze lub większe ośrodki turystyczne. Szczególnie mocno turystyka rozwinęła się na Texel, Terschelling, Ameland, Schiermonnikoog, Borkum, Norderney, Sylt, Rømø i Fanø. Można tam podziwiać z jednej strony prawdziwe Morze Północne, z drugiej płycizny Waddenzee, słuchać szumu wiatru w porastających wyspy trawach, podglądać liczne ptaki i foki i uczestniczyć w licznych imprezach folklorystycznych. Zamieszkujący je Fryzowie zachowali bowiem oryginalną kulturę żeglarzy, rybaków i wielorybników Szczególnie silna jest ona na Ameland i Rømø.

Morze Wattów jest chronione w całości, jako obszar Natura 2000, a w Niemczech dodatkowo jako dwa parki narodowe, Dolnosaksońskie Watermeer i Szlezwicko-Holsztyńskie Watermeer.

Jest też specjalny sport uprawiany na wattach. To wymyślone przez Fryzów wadlopen. Jest to brodzenie po Waddenzee, wszystko jedno, czy w porze przypływu czy odpływu. To sport ekstremalny, więc przezorni Holendrzy zalecają korzystanie z taplania się w błocie wyłącznie z licencjonowanym przewodnikiem. Raz, żeby się nie utopić, dwa, żeby nie niszczyć przyrody. Bo Holendrzy są szczególnie uczuleni na najdrobniejsze nawet przejawy niszczenia ich skromnej Natury. A jeśli kiedyś olimpiada znów będzie w Amsterdamie, kto wie, czy wadlopen nie stanie się dyscypliną olimpijską, jak siatkówka plażowa, zupełnie nieznana do wprowadzenia na igrzyska przez Australijczyków.

Galeria zdjęć

Google Maps

Komentarze